Tratwa, „szurnięci” i ... konieCOGITO 1997
Siedziałam na imieninach kolegi. Zeszło na pogaduszki o sztuce i jedna znajoma, która uważa się za wielka znawczynię sztuki próbowała nam powiedzieć cos o jakimś francuskim malarzu.
— No wiesz, on malował tych, no ... szurniętych mówiąc krótko.
— Kiedy żył?
— Chyba sto lat temu
— Co jeszcze malował?
— Nie wiem, ale szurniętych na pewno.
Długo zachodziłam w głowę, kto malował „szurniętych” aż ... nagle padł toast:
— Zdrowie pięknych koni i szybkich kobiet!
I w tym momencie krzyknęłam:
— Géricault!
***
Théodore Géricault (Rouen, 26 IX 1791 — Paryż, 26 I 1824) pochodził z rodziny mieszczańskiej. Dość szybko przeniósł się do Paryża, by podjąć naukę u Carle`a Verneta i Grosa. Często chadzał do Luwru, gdzie kopiował dzieła Rubensa, Carravaggia i Velazqueza. To od nich zaczerpnął niemalże rzeźbiarski modelunek postaci. Jego największa namiętnością były konie i kobiety! Z pewnością dlatego często przesiadywał ze szkicownikiem w ujeżdżalniach. Jego pierwsza wielka praca, namalowana gdy miał niespełna 21 lat nosiła tytuł: Portret konny oficera szaserów. Kompozycja nawiązywała do barokowych portretów konnych wielkich wodzów i władców. Miłość do koni, a zapewne i miłość do ojczyzny sprawiła, że Géricault zaciągnął się do Gwardii Ludwika XVIII, ale po epizodzie stu dni podał się do dymisji nie kryjąc rozczarowania.
Kobiety — jego druga namiętność o powód dla którego opuścił Francję. Udał się do Włoch. Tam zetknął się ze znana z Luwru sztuka klasyczną. Przeżył fascynacje Michałem Aniołem, Rafaelem, Caravaggiem — robił szkice z ich dzieł. Oczywiście konie nadal go interesowały, dlatego malował wyścigi koni, które obserwował w Rzymie.
W 1818 roku jest już z powrotem we Francji. W tym czasie francuska opinie publiczna wstrząsnęła wieść o zatonięciu francuskiego statku „la Meduse”. Statek ten przez kapitański błąd w nawigacji rozbił się o skałę. Rozbitkowie zbili tratwę i tak żeglowali czekając na ocalenie. Na tratwie dochodziło do wielu okropności z kanibalizmem włącznie. Géricault namalował to wydarzenie i zatytułował „Tratwa meduzy”. Stworzył dynamiczna kompozycje w kształcie piramidy. Obraz jest oświetlony w sposób dość osobliwy, ale nie to jest w nim najważniejsze. Najważniejsza jest treść. Są tu namalowane trupy i żywi jak trupy, wypatrujący na horyzoncie nadziei. Na przedzie czarny rozbitek — jak niewolnik wypatrujący wolności. Dookoła tratwy słona woda...
Romantyczne wypatrywanie ocalenia. Ponieważ obrazem tym Géricault odniósł sukces raczej dość umiarkowany, zniechęcony wyjechał do Anglii. Tam — w kraju „koniarzy” odkrył nowe podejście do pejzażu, który namiętnie maluje i ... Derby! A przecież sam uwielbiał konie. Jego namiętność do koni w Anglii ma swój fatalny koniec. Géricault tragicznie spada z konia. Upadek ten powoduje, że do końca życia nie wraca do zdrowia, ale oczywiście z maniackim uporem nadal jeździ w siodle (spadając z konia ponownie aż dwukrotnie!) i maluje obrazy. Czy choroba? Czy angielskie powietrze? Niewiadomo. Może w charakterze Géricault było cos co sprawiało, ze pragnął on dotrzeć do sedna istoty ludzkiej. Faktem jest, że w Salpętričre w szpitalu dla obłąkanych poszukuje modeli. Tych właśnie „szurniętych”, o których mówiła moja znajoma. Powstaje prawdziwa galeria portretów obłąkanych postaci. A przecież mówi się „obłąkany romantyk”!
Géricault umarł w wieku 33 lat jak prawdziwy romantyczny bohater. W straszliwych męczarniach. Zabiła go Miłość do koni. Te liczne upadki. Czy w chwili śmierci przed oczami stały mu końskie grzywy, czy może obłąkani, a może tratwa...
Widzisz błąd na tej stronie?
Napisz